poniedziałek, 23 września 2013

Rozdział drugi! " Jak mogli się śmiać albo chociaż uśmiechać?"

                         Rozdział napisany przez Oli Fajną 




                      All this time I was finding myself                                                                                                                      And I didn't know i was lost...

Powrót okazał się cięższy niż myślałam. Słoneczne ulice i szkoła Hiszpanii bardziej przypadły mi do gusty. Wiecznie mokry, wilgotny i ponury Londyn okazał się jedną wielką masakrą. Było zupełnie tak jak przed laty. Jednym słowem-nudno.
Z dumnie uniesioną głową przeszłam przez magiczną barierę dzielącą świat czarodziejów od tego mugolskiego, o którym z całego serca pragnęłam zapomnieć. Zamierzałam wymazać z mej pamięci wszystkie obrazy w najmniejszym stopniu związane z "tamtym życiem". King's Cross również pozostało takie samo.
Czerwony, lśniący ekspres Londyn-Hogwart stał już na peronie. Młodzi czarodzieje ubrani w czarne, szkolne szaty szczerzyli swe zęby ciesząc się z rozpoczęcia roku szkolnego. Głupki.
Jak mogli nie widzieć tego, co widziałam ja?! Nudni, wymagający nauczyciele, wkurzający, niedorozwinięci rówieśnicy, mnóstwo pracy domowej a co najważniejsze egzaminy. Rok szkolny zapowiadał się trudny już teraz. Jak mogli się cieszyć? ?!Jak mogli się śmiać albo chociaż uśmiechać?
Rozpoczęcie roku szkolnego powinni uznać za dzień żałoby narodowej... Cóż, przynajmniej ich szaty pasowały do nastroju. Tak czy inaczej w przeciwieństwie do mnie byli szczęśliwi, a ja musiałam jakoś to znieść. Nie zważając na ciekawskie spojrzenia uczniów (wszyscy się na mnie gapili), weszłam do pociągu, szukając wolnego przedziału. Przemierzałam korytarz, ciągnąc za sobą swój szkolny kufer, a jedyne co było w mojej głowie to wspomnienia. Niemożliwe jak długo udało mi się je tłumić. Niestety, powrót do Hogwartu oznaczał również powrót do przeszłości. Właśnie znalazłam całkiem pusty przedział kiedy ktoś powiedział za moimi plecami:
-Hermiona? To ty?!
Ginny Weasley stała za moimi plecami, a jej rozentuzjazmowany głos sprawił, że nie mogłam powstrzymać się od wywrócenia oczami. Odwróciłam się ze sztucznym uśmiechem, a widok mojej byłej przyjaciółki mocno mnie zszokował. Rudowłosa, mała dziewczynka wyrosła na piękną, młodą dziewczynę i chcąc nie chcąc musiałam to przyznać.
-Ginny-powiedziałam z udawaną radością. Nie wiedziałam czemu, ale już miałam jej dość. Spotkanie po latach oznaczało opowieści, wspominanie dawnych, wspólnych czasów, a co najważniejsze słuchanie tego jacy oni w przeciwieństwie do mnie w tym czasie byli szczęśliwi.
Ruda podbiegła do mnie, rzucając mi się na szyje. Pozwoliłam jej na chwile sentymentów, by później odsunąć ją od siebie z obojętną miną.
-Masz pojęcie jak za tobą tęskniliśmy?! Zaraz o wszystkim nam opowiesz! Albo nie, najpierw...
-Ginny-przerwałam jej chłodno. -Jestem zmęczona.
-No jasne, chodźmy do przedziału.
Pociągnęła mnie za ramię, nawet nie zważając na moje protesty i tłumaczenie, że "chcę być sama".
Nie mam pojęcia kiedy znalazłam się w przedziale pełnym moich dawnych przyjaciół, z którymi teraz najchętniej nie chciałabym mieć czegokolwiek wspólnego. Po co najmniej godzinie wysłuchiwania wylewnych wyrazów uwielbienia, czy tęsknoty miałam dość.
-Muszę stąd iść-powiedziałam oschle w pewnym momencie.
-Dokąd?-spytał wyraźnie Ron. Merlinie, jak on mnie irytował!
-Nie twój zasrany interes-warknęłam, zapominając, że oni nie znają "nowej mnie". Zamierzałam już rozsunąć drzwi przedziału, jednak w ostateczności mogłam odreagować zmiany na nich. Ich miny były warte co najmniej tysiąc galeonów. Z wyrazem dość mało inteligentnym przypatrywali mi się co jakiś czas wymieniając zszokowane spojrzenia.
-Zamierzacie pozbierać kiedyś zęby z podłogi?-zakpiłam, splatając ręce na piersi.
-Miona, co się z tobą stało?-spytał Harry z szeroko otwartymi oczami.
-Daj spokój-prychnęłam pod nosem z ironicznym uśmiechem. -Co was to niby obchodzi?!
-Byliśmy twoimi przyjaciółmi-powiedziała chicho Ginny.
Akurat. Nigdy nie byli moimi przyjaciółmi. Przyjaciele tak nie postępowali. Podczas pobytu w Hiszpanii nie dostałam od nich ani jednej sowy, listu, najkrótszej wiadomości...
-Byliście-poprawiłam rudą, patrząc na nią z pogardą. Byłam na nich zła. Chociaż... może to dzięki nim miałam okazje odkryć zupełnie nową, lepszą siebie?
-Co takiego się stało, że uległo to zmianie?-spytał Harry, a ja nie mogłam powstrzymać się od szyderczego śmiechu. Co się stało?! Jak głupim trzeba było być by się nie zorientować?
-Fakt, że po głupiej, naiwnej, kujonicy Granger nie ma śladu. Teraz jestem kimś innym. Kimś, kto z większą starannością dobiera sobie przyjaciół.
-Nie wierzę, że to mówisz...-wyznała Ginny patrząc na mnie z ciężkim szokiem. W jej oczach dostrzegłam smutek. Dobrze. Niech wie co czuje się kiedy traci się kogoś na kim ci zależy.
-Jakie to smutne...-zakpiłam, udając wstrząśniętą jej zawodem. -Nara frajerzy!-powiedziałam machając im na pożegnanie. Wyszłam na zewnątrz a potykając się o próg przedziału krzyknęłam jeszcze głośne "kurwa!" co przyprawiło moich byłych przyjaciół o dreszcze. Zupełnie nieprzejęta ich reakcją zaczęłam przechadzać się po korytarzu szukając czegokolwiek co przyciągnie moją uwagę.
Po chwili mogłam już wywracać oczami i prychać z zażenowania. Draco Malfoy siedział w swoim przedziale rozmawiając ze swoją bandą zaślepionych sługusów. Ciekawe o czym gadali... O tym jak ich kumple zakatowali moich rodziców?! A może o tym jak cudowne jest życie skretyniałego śmierciożercy?
Stanęłam i po prostu patrzyłam się na nich przez okno. Z miną tak obojętną jak u dziecka liczącego czerwone samochody przejeżdżające przez ulicę. Właściwie... nie mam pojęcia co czułam patrząc się na mojego dawnego wroga. Wiedziałam jedno. Nienawidziłam go jeszcze bardziej.
Chyba zdał sobie sprawę, że jest obserwowany, bo przeniósł wzrok z jednego ze swoich kumpli i spojrzał mi prosto w oczy. Przez chwile wyglądał na zdziwionego, co przyniosło mi niezrozumiałą satysfakcję. Dopiero później na jego twarzy pojawił się tak dobrze znajomy mi cholerny, ironiczny uśmiech. Mogłoby mnie nie być parędziesiąt lat. Takiego uśmiechu się nie zapomina.
Podszedł do drzwi i rozsunął je patrząc na mnie z ciekawością.
-Spadaj stąd Granger-warknął, a ja spojrzałam na niego jak na gatunek z kosmosu. Splotłam ręce na piersi i obdarzyłam go najbardziej wrednym uśmiechem jaki posiadałam. Punkt dla mnie. Znów go zaskoczyłam.
-Co się z tobą stało Granger?-spytał, a ja zaśmiałam się pod nosem. Czyżby jeden niecodzienny uśmiech tak bardzo rzucał się w oczy?
-Przyszłam cię odwiedzić-powiedziałam tajemniczo. Przygryzłam uwodzicielsko dolną wargę, wyjmując z tylnej kieszeni spodni różdżkę. Miałam ochotę walnąć go Cruciastusem. Tak bardzo mnie wkurzał...
-Nie sądzę bym chciał twojego towarzystwa-mruknął obojętnie. Nie działałam na niego tak jak na innych chłopaków. Mój urok osobisty i wszelkie wdzięki nie miały żadnego sensu. To był Malfoy. Ktoś od kogo kiedyś mogłabym się uczyć. Jego cyniczny sposób bycia był godny podziwu. Teraz... po tylu latach to ja zasługuję na miano "geniusza zła". Wiem jak wykorzystywać, kłamać, ranić i krzywdzić. Wiem jak sprawić by ktoś cierpiał równie mocno co ja.
Wyciągnęłam różdżkę, zastanawiając się jaką klątwę chcę na niego rzucić. Dlaczego chciałam to zrobić? Ot tak, bo był śmierciożercom i przyczynił się do spieprzenia mi życia.
-Schowaj ten patyk, Granger-mruknął z zażenowaniem co jeszcze bardziej mi się spodobało. Nie wiedział do kogo mówi, co mu grozi.
-Hm...-udałam zastanowienie, by po chwili udać entuzjazm i z szerokim uśmiechem powiedzieć "nie".
W Hiszpańskiej szkole nauczyłam się zaklęć niewerbalnych dzięki czemu miałam jeszcze większą przewagę.
Chociaż... Malfoy był śmierciożercą. Na pewno znał czarno magiczne formuły i jego poziom magii był wyższy niż reszty jego rówieśników. Mimo to byłam jak zwykle pewna siebie. Rzuciłam jakąś klątwę. Niegroźną, miała zadać mu jedynie mały ból. Zupełnie się tego nie spodziewał. Zdążył zrobić unik i spojrzeć na mnie z oburzeniem.
-Co do cholery?!-spytał, wyciągając różdżkę z kieszeni swojej szaty. Uśmiechnęłam się, o to mi chodziło.
Wzruszyłam ramionami, zupełnie nie przejęta jego reakcją. Reszta jego towarzyszy przyglądała nam się w milczeniu jakby wiedząc, że w tą walkę nie wolno się wtrącać. Mimo to patrzyli się na mnie z uznaniem. Rzuciłam wyzwanie królowi Slytherinu. Mało kto by się na to odważył. Mogę się założyć, że już wtedy chcieli by mnie w swojej "drużynie lizusów Voldemorta".
-Cóż, Malfoy... Przekonałam się, że bycie zimną suką jest bardziej opłacalne-powiedziałam cicho beznamiętnym tonem.
Uśmiechnął się z pogardą, a ja pożałowałam, że nie trafiłam w niego tą klątwą. Uniósł różdżkę i rozpoczął walkę. Na poważnie. Kolorowe, czasem niebezpieczne zaklęcia odbijały się od ścian pociągu ściągając uwagę co raz to większej ilości osób. Okazało się, że Malfoy jest godnym przeciwnikiem. Poziom jego umiejętności był na naprawdę wysokim poziomie.  Uczniowie zaczęli zbierać się w miejscu naszego pojedynku, jednak my na to nie zważaliśmy. Z zaciętością i determinacją pragnęliśmy udowodnić kto jest lepszy. Widać obydwoje byliśmy w tym dobrzy, bo ani ja, ani on nie odnieśliśmy żadnych obrażeń. Nie dopuszczaliśmy do siebie żadnych zaklęć. Nie mam pojęcia ile by to trwało gdyby nie profesor Slughorn. Przyszedł wściekły do granic możliwości i nie zważając na moje pyskate odzywki wlepił nam szlaban. Pierwszego dnia!
Nienawidzę starucha. Nienawidzę wszystkiego i wszystkich związanych z Hogwartem.
Z obojętną miną przeszłam obok Harry'ego, Rona i Ginny, którzy zdążyli przybiec w miejsce afery. Minęłam Malfoya, który przyglądał mi się z wielką intrygą, jakby zastanawiając się nad tym co stało się dawną "ja".
Na moje szczęście pociąg się zatrzymał, a ja w końcu mogłam wyjść na stację Hogsmade. Oddychając świeżym powietrzem zdążyłam przemyśleć wszystko parę razy. Niczego nie żałowałam. I nigdy nie zamierzałam żałować.

poniedziałek, 2 września 2013

Rozdział pierwszy! "To już dziś!"

 Obudziły mnie promienie słońca. Spałam nago obok jakiegoś bruneta, również nagiego, na ok miał jakieś,18 może 19 lat, w sumie nie zdziwił mnie widok nieznajomego nagiego faceta w moim łóżku, zdążyłam się już przyzwyczaić, że kończę tak po każdej imprezie, czyli z grubsza codziennie. Nie żeby mi to przeszkadzał o coś, wręcz przeciwnie, lubiłam to. Lubiła się puszczać, była pewnego rodzaju dziwką,kilka razy nawet zdarzyło mi się uprawiać seks za pieniądze, ale nie o tym teraz mowa.
Ból głowy w okolicy skroni był nie do wytrzymania, do tego jeszcze przerażająca suchość w gardle. Leniwie zwlokłam się z łóżka i podeszłam do jednej z półek, na której zawsze były eliksiry na kaca, nie myliłam się, wzięłam jeden z nich i wypiłam duszkiem chcąc jak najszybciej pozbyć się po-imprezowych dolegliwości. Wzięłam z krzesła komplet gotowych ubrań i czystej bielizny i poszłam do łazienki wykonać poranną toaletę. Po około godzinie wyszłam z łazienki, umyta, umalowana i ubrana w przygotowane ubrania. Mojego nocnego towarzysza już nie było, zmył się jak każdy poprzedni, bez jakiegokolwiek słowa. Zabrałam się do zbierania swoich wczorajszych rzeczy i wrzuciłam je do kufra, który stał z boku czekając na wyjazd. Dziś wracam do mojej starej szkoły- Hogwartu. Dziwne, ale coś ciągnie mnie żeby tam wrócić. Niby uciekałam stamtąd z nadzieją, że już nigdy nie będę musiała tam wracać, a teraz robię to dobrowolnie, dobrowolnie chce wrócić.
Z grubsza zgłębiając moją historie, wyglądała ona tak: Grudzień- środek mojego trzeciego roku nauki w Szkole magii i czarodziejstwa Hogwart. Jechałam właśnie do domu na przerwę świąteczną. Na peronie 9 i 3/4 pożegnałam się z Harrym, Ronem i resztą przyjaciół i przeszłam przez ścianie na ruchliwy dworzec King's Cross. Ku mojemu zdziwieniu nie czekali tam na mnie rodzice. Godzinę zajęło mi przeszukanie całego dworca, a efekt był tragiczny, nie znalazła rodziców byłam pozostawiona jak palec na wielkim dworcu i do głowy nie przychodziło mi żadne racjonalne wytłumaczenie zachowania rodziców. Złapałam taksówkę i zapłaciłam jedynymi mugolskimi pieniędzmi jakie miałam w swoim posiadaniu. Taksówkarz dowiózł mnie pod same drzwi mojego domu, wysiadła pospiesznie z samochodu i ruszyłam w stronę wejścia, a taksówkarz odjechał. Przez okno zauważyłam że w domu panuje zupełna ciemność, już chciałam otworzyć drzwi kluczem kiedy one pod wpływem mojego dotyku otworzyły się na całą swoją szerokość ukazując wnętrze domu. To co zobaczyłam dostrzętnie zniszczone, po podłodze walały się meble w kawałkach, szczątki lampy, porozwalane papiery, a na ścianach widniał charakterystyczne ślady od ludzkiej krwi, jednym słowem przerażający widok, stałam na środku obszernego salonu i nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku czy też w jakikolwiek sposób się poruszyć. W głowię zaczęło mi wirować z przerażenia. Wtedy usłyszałam huk, z ręki wypadła mi książka, z impetem uderzając o posadzkę wydając głośny odgłos. Chwilę potem słychać było czyjeś głośne kroki, zapewne należące do jakiegoś, tęgiego mężczyzny. Pierwszą myślą jaka uderzyła mi wtedy do głowy była myśl, że były to kroki mojego taty, jednak ta perspektywa wydawała się zbyt prosta. Na moje nieszczęście, nie były to jego kroki, jednak tak jak myślałam kroki obcego mi mężczyzny, nie wyglądał zbyt przyjaźnie jednak czego ja się spodziewałam widząc cały bałagan panujący w domu, że wyjdzie miły staruszek, który poczęstuje mnie ciasteczkami i zaprowadzi do rodziców którzy będą cali i zdrowi? Bez sensu przecież to logiczne, że na pewno nic dobrego im się nie przydarzyło, a wskazywały na to chociaż by ślady krwi, którymi przyozdobione były dotąd jednokolorowe ściany mieszkania. Gdy nieznajomy zaczął zbliżać się w moją stronę ja odruchowo zaczęłam się cofać co nie było najlepszym rozwiązaniem ponieważ zaraz się o coś potknęłam i upadłam na podłogę całkowicie zdana na łaskę napastnika, on podszedł w moją stronę, nachylił się nade mną i z mina psychopatycznego mordercy zaczął szeptać mi wprost do ucha.
-To już koniec księżniczko- przerwał wybuchając złowieszczym śmiechem- Już nie masz jak uciec- znów przerwał i uderzył mnie pięścią w twarz wskutek czego z mojego nosa poleciała stróżka krwi.- Zginiesz jak oni.- Po raz kolejny zaśmiał się szyderczo i złowieszczo, co jak co, ale ten śmiech zapewne prześladował mnie będzie do końca moich dni.- Taka bezbronna niewinna dziewczynka, cóż pocznie w rękach takiego złego pana jak ja? Czy...- Tym razem jego monolog przerwał mężczyzna podobnej postury jak on, który właśnie wszedł do salonu, przeszło mi przez myśl, że to może być mój obrońca, jednak zaraz straciłam te myśl ponieważ facet, który czymał mnie do tej pory oddał mnie w ręce tego typa, który chwycił mnie mocno za ramiona i pociągną za sobą na dół do naszej piwnicy. Pierwszą, rzeczą jaka przykuła moją uwagę były stłumione krzyki moich rodziców, skąd wiem, ze ich? To proste ponieważ to oni siedzieli przywiązani do krzeseł na środku piwnicy z ustami zaklejonymi grubą srebrną taśmą, poza dwoma wyżej wymienionymi napastnikami byli jeszcze trzej oprawcy,wszyscy podobnej postury, z nie przyjemnymi wyrazami twarzy i drwiącymi uśmiechami, jeden z nich postanowił zdjąć taśmę z ust mojej rodzicielki.
-Popatrz, popatrz kto się tu znalazł- Powiedział pokazując jej mnie- Twoja kochana córeczka.
-Nic jej nie róbcie- Krzyknęła moja mama.
-Szzzzz- uciszył ja- Nic jej nie zrobimy. Niech sobie popatrzy jak giną jej żałośni rodzice.- W tym momencie wszyscy mężczyźni wybuchli szaleńczym śmiechem.
-Czy twoja córeczka wie jak jej kochani rodzice pałali się gangsterką?
-Zamknij się, ona nie jest niczemu winna- Wrzasnęła matka
-Pozwolił ci się ktoś odzywać szmato- Wrzasnął jeden z nich uderzając ją z impetem pięścią a następnie kopiąc w żebra. Teraz to ja wrzasnęłam, oni gwałtownie odwrócili się w moja stronę, wszyscy prócz mojego ojca, który był nie przytomny możliwe, że już nie żył, przerażała mnie ta perspektywa.
-Uspokój córeczkę, bo stanie jej się krzywda- Powiedział niby spokojnym głodem jeden z oprawców po raz kolejny policzkując mamę podczas gdy inny jeździł jej w dziwny sposób nożem po brzuchu. Mężczyzna wziął zamach i chciał wbić nóż w serce w tym momencie ja po raz kolejny głośno wrzasnęłam, co dało dość dobry rezultat, ponieważ napastnikowi wypadł nóż ręki, jednak była też zła strona medalu, napastnik wziął rozmach uderzył mnie z pięści w skronie a mi zaczęłam odlatywać, rozmywał mi się obraz, szumiało mi w uszach aż w końcu urwał mi się film.
Obudziłam się w szpitalu, w tamtym momencie marzyłam żeby to wszystko okazało się jednym wielkim koszmarem. Tak się jednak nie stało, wszystko okazało się prawdą. Nie wiem jak znalazłam się w szpitalu, wiem jednak, że byłam tam na tyle długo, że ominął mnie pogrzeb rodziców, z czego było mi niezmiernie smutno.
Wakacje spędziłam u rodziny, nie było jednak tak jak dawniej, już się nie uśmiechałam, ani nie płakałam, zostałam doszczętnie wyprana z emocji. Postanowiłam się przeprowadzić i zacząć nowe życie, nowa szkoła to, to co było mi niezbędne.

Teraz chodzę do szkoły w Hiszpanii. Niby wszystko pięknie fajnie prestiżowa szkoła, fajne osoby, ale kurwa w rzeczywistości to nie ma teraz kolorowo. Na początku dostawałam listy od znajomych z Hogwartu, dostawałam masę listów z prośbą o danie oznak życia, na żaden nie odpisałam, jednak wszystkie przeczytałam. Chciałam zatopić smutek w alkoholu, jednak to pogorszyło sprawę, dopiero wtedy zaczęły się narkotyki, imprezy, chłopacy, seks. No właśnie seks. Heh dobra większość z was powie: „Dziewczyno masz dopiero 16 lat” Ale ja puszczam się tak już od dwóch lat, co noc inny, cud że nie jestem jeszcze w ciąży, jednak nie zagłębiając się w szczegóły przejdźmy do sedna sprawy. Dzisiaj wracam do Hogwartu. Jest koniec świat, które jak co roku spędziłam w szkole na piciu i puszczaniu się, standard. Dziś wracam, dziś dowiedzą się jak z kujonki stałam się wredną fałszywą suką a do tego dziwką! To już dziś!